Polecany post

Zapowiedź wydawnicza od Burda Książki

Hej Moliki! Przychodzę do Was z zapowiedzią książki, która będzie dla mnie szczególnie ważna, ale tego będziecie mogli dowiedzieć się w ...

środa, 21 lutego 2018

"Idealna dziewczyna" Carrie Blake

"Idealna dziewczyna" Carrie Blake
"W dniu, w którym mnie o to poprosił, zrozumiałam, że od początku wszystko zmierzało w tym właśnie kierunku. Nie zapytałam: Co teraz? Nie zapytałam: Dlaczego ja? Nie zapytałam: Co będę musiała robić? Nie zapytałam: Jak niegrzeczna będę musiała być? Jak nikczemna. Czekałam, aż on przemówi. (...)
- Jesteś idealna - powiedział tylko tyle - idealna". 

Isabel była miłą dziewczyną. Pocieszała słabszych, dla każdego miała dobre słowo i wsparcie. Wyczuwała emocje innych ludzi i potrafiła rozgryźć ich myśli. Wyjechała do Nowego Jorku aby spełnić swoje marzenie: zostać aktorką. Jednak szybko zderzyła się z rzeczywistością i musiała porzucić swoje plany. Aby utrzymać koniec z końcem zatrudnia się w sklepie z materacami, gdzie nie brak nudy. W międzyczasie umawia się na randki, które traktuje jako lekcje aktorstwa - z tą różnicą, że scenariusz układa ona. Odgrywa rolę dziewczynę jaką inni chcieliby w niej widzieć. Do czasu, kiedy poznaje przystojnego i czarującego Matthewa, który pracuje dla byłej gwiazdy kina i potężnego magnata nieruchomości. Mężczyzna przejmuje wszystkie sznurki i każe robić dziewczynie to, czego ona sama nigdy by nie zrobiła.

"Gdzie kończyła się gra, a zaczynałam prawdziwa ja ?"

Kiedy otworzyłam książkę i zaczęłam ją czytać od razu mnie wciągnęła. Rzadko mi się zdarza tak, że nie mam problemu z wciągnięciem się w czytanie. Od razu rzucił mi się w oczy styl autorki: lekki i przyjemny, co sprawiło, że od pierwszej strony mknęłam.
Isabel to dziewczyna krótko mówiąc idealna i nieco nudna. Kiedy poznaje Matthew'a ten odkrywa przed nią jej ciemną stronę osobowości. Za pomocą kłamstw i manipulacji sprawia, że ta robi dla niego wszystko. Im bardziej oboje rzucają się bardziej w gierki, tym bardziej nie dostrzegają, że są pionkiem w czyiś dłoniach, że tak naprawdę ani ona, ani on nie rozdają tu kart. 
Fabuła w tej książce jest ciekawa, nie brak intryg i tajemnic, a nawet zaskakujących zwrotów akcji.
Mamy możliwość obserwować jak Matthew i Isabel stopniowo przechodzą metamorfozę. Spotkamy tu parę kryminalnych wątków, sytuacji, które pokazują nam jak łatwo zmienić człowieka za pomocą drobnej manipulacji.
Postacie są dobrze wykreowane. Jeśli chodzi o Matthew'a nie do końca idzie zgadnąć, co siedzi mu w głowie. Książka dla mnie była intrygująca i chciałam wiedzieć, na co jeszcze będzie gotowa główna bohaterka? Co zrobi kierowana pożądaniem? Jak bardzo Matthew ją zdeprawuje? 
Jak na erotyk przystało w książce znajdą się sceny seksu i tu trochę byłam wkurzona tą zabawą w kotka i myszkę, gdzie Matthew drażnił się z Isabel. Chociaż, kiedy ta zabawa się odbywała to autorka przedstawiała to w subtelny i zmysłowy sposób. Miałam też wrażenie, że przez większość powieści główna bohaterka potrafiła myśleć tylko dolną partią ciała. 
Nie brakuje tu dużej ilości opisów, ale autorka nie napisała je w nużący sposób. W tle możemy dostrzec taki wątek jak relacje rodzinne, które są dość skomplikowane przez bolesną przeszłość. Końcówka powieści pozostawia ochotę na więcej i mam wrażenie, że autorka nie zakończyła jeszcze tej historii.

"Idealną dziewczynę" nie do końca można zaliczyć do thrillerów. Zabrakło mi tu niebezpieczeństwa i towarzyszącemu mu napięcia. W dużej mierze jest to bardziej erotyk. Jednak to wcale nie jest zła książka. Autorka wyszła nieco poza schematyczność, brak tu cukierkowego klimatu i nie sposób również przewidzieć zakończenia. Autorka ma lekki i przyjemny styl pisania, co sprawiło, że książkę przeczytałam szybko, a po takiej końcówce czekam na więcej.

Oryginalny tytuł: Perfect
Wydawnictwo: Burda Książki
Data wydania: 15 luty 2018 rok
Tłumaczenie: Anna Kowalska
Liczba stron:

wtorek, 20 lutego 2018

[Przedpremierowo] "Present Perfect" Alison G. Bailey

[Przedpremierowo] "Present Perfect" Alison G. Bailey
“O miłości napisano już miliony książek, artykułów i wierszy. Pokazują one, jaka jest skomplikowana. Nieprawda. To nie miłość jest skomplikowana, to ta cała otoczka, którą do niej dołączamy, czyni ją zawiłą”.

Amanda od małego była porównywana do swojej starszej siostry Emily. Chciała być taka jak ona: idealna i dobra we wszystkim. Zawsze na pierwszym miejscu - ale Amanda uważała, że nigdy jej to nie wyjdzie. Jedyne, co było doskonałe w jej życiu to Noah - jej przyjaciel, obrońca i bratnia dusza. Byli nierozłączni od urodzenia, a więź, która ich połączyła wyjątkowa. Dorastali razem, spędzali wspólnie czas i zajadali się ciastem czekoladowym. Znali siebie na wylot. Jedno było uzupełnieniem drugiego. Jednak wraz z dorastaniem coś się zmieniło. Obydwoje zaczęli postrzegać siebie inaczej, a uczucie, które zaczęło w nich kiełkować przerodziło się w coś więcej niż przyjaźń. Noah pragnie być dla Amandy kimś więcej niż przyjacielem, ale ona boi się, że jeden zły krok, a straci go na zawsze. Przyjaźń była dla niej ważna, a poza tym… zasługiwał na kogoś doskonałego, a jej do ideału było daleko. Od tej pory w jej życiu nie brak zawirowań, a jej przyjaźń z Noahem zostanie wystawiona na ciężką próbę. Czy przetrwają? Czy Amanda zrozumie, że uczuć nie da się kontrolować? 

Nie należę do osób, które łatwo wzruszają się przy książkach. Przeczytałam już wiele o trudnej tematyce, ale tylko przy trzech z kilku setek książek płakałam, a "Present Perfect" zalicza się do tej trójcy. Moim zdaniem potrzeba czegoś więcej niż smutna historyjka, bo jeśli autor nie potrafi przelać uczuć na papier to będzie to książka jedna z wielu, która na długo nie zapisze się w pamięci. Alison G, Bailey sprawiła, że ta powieść we mnie wsiąknęła, a ja będę pamiętać ją tak długo jak "Promyczka" Kim Holden czy "Terapię" Kathryn Perez. Przy "Present Perfect" nie płakałam przez jedną, dwie strony... Nie! To było kilkadziesiąt stron do końca, podczas których beczałam, uśmiechałam się przez łzy, a kiedy skończyłam płakać, łzy nabiegły mi do oczu z powrotem. Ona nie wzruszyła mnie - ona mnie sponiewierała, a kiedy skończyłam ją czytać miałam wrażenie, że coś ciężkiego mnie przejechało.

Nie twierdzę, że ta książka jest mega idealna, ale nie za bardzo mam się do czego przyczepić. Jedynie ciut denerwowała mnie zabawa w kotka i myszkę pomiędzy głównymi bohaterami, ale starałam się wczuć w uczucia, każdego z nich. Rozumiałam, że Noah miał prawo być wściekły na Amandę z powodu jej niezdecydowania, ale rozumiem też dziewczynę. Przyjaźń nie jest czymś, co łatwo przychodzi. Amanda bała się, że jeśli zrobi krok do przodu ta decyzja może zmienić ich relacje, a jeden błąd sprawi, że ich drogi się rozejdą. Ja też nie chciałabym stracić coś tak wyjątkowego i coś, co nie zdarza się często. Jednak z drugiej strony chciałam, aby ta gra się w końcu skończyła, bo kurczę. Ta chemia między nimi była bardzo wyczuwalna, iskrzyło pomiędzy nimi tak, że wybuch był nieunikniony. Szczerze przyznam, że byłam tym zachwycona, bo uwielbiam, kiedy taką więź pomiędzy bohaterami odczuwa i czytelnik. A ją odczuwałam i za każdym razem wbijała mnie w fotel - to było niesamowite. 

Wiedziałam, że ta książka będzie niezwykła i piękna. Początek nie zapowiadał tak emocjonującej lektury, ale z czasem, krok po kroku coraz bardziej mnie wciągała, a ja nie mogłam się od niej oderwać. Czułam wszystko, co czuła Amanda, bo to głównie z jej perspektywy poznajemy tę historię. Jej strach, lęk, cierpienie, miłość i radość były również moim udziałem. Dopingowałam jej i pragnęłam, aby w końcu zrobiłą krok do przodu. Tylko, kiedy już to robiła, zawsze coś stawało jej na przeszkodzie - to było frustrujące.

A Noah? Był troskliwy i czuły, a do tego był osobą, która zawsze daje wsparcie.

“Present Perfect” to książka o tym, że nie wszystko da się kontrolować w swoim życiu, ale również o tym, że nie warto dążyć do doskonałości, bo poświęcając temu czas marnujemy wiele ważnych momentów. To historia o miłości, przyjaźni i bolesnej, nieuniknionej przyszłości. Uczy, że warto korzystać z życia pełną garścią. Tę książkę czuje się samą sobą i nie da się o niej zapomnieć. 

Oryginalny tytuł: Present Perfect
Wydawnictwo: NieZwykłe
Data wydania: 22 luty 2018 rok
Tłumaczenie: Dorota Lachowicz
Liczba stron: 420
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

niedziela, 18 lutego 2018

{Przedpremierowo} "Dzień ostatnich szans" Robyn Schneider

{Przedpremierowo} "Dzień ostatnich szans" Robyn Schneider
"Zdradzę ci sekret. Jest różnica między umieraniem a byciem martwym. Niektórzy umierają przez dziewięćdziesiąt lat, inni przez dziewiętnaście. Ale każdego ranka każdy człowiek na świecie jest jeden dzień bliżej śmierci. Każdy. Więc życie i umieranie to tak naprawdę tylko różne sposoby nazywania tego samego, jeśli się dobrze nad tym zastanowić".

Siedemnastoletni Lane miał już ułożony plan na życie: dostać się na wymarzony uniwersytet, zdobyć dyplom wyższej uczelni, mieć zagwarantowaną pracę na Wall Street albo pójść na prawo. Zamierzał się go trzymać, ale nieuleczalna i podatna na wszystkie leki hipergruźlica pokrzyżowała mu plany. Chłopak trafia do ośrodka położonego przy lesie - Latham House. Pobyt w nim traktuje jako przymusowe wakacje i nie do końca stosuje się do zaleceń lekarzy, którzy zalecają mu odpoczynek. Lane na miejscu poznaje Sadie. Dziewczynę, która w Latham House zdążyła stworzyć swoje miejsce na ziemi, miała przyjaciół, czuła się chciana. Wraz z przyjaciółmi łamała wszelkie reguły i przemycała na teren ośrodka alkohol i śmieciowe jedzenie, aby móc poczuć się jak normalna nastolatka. Kiedy inni z nadzieją czekali na powrót do domu - ona z beztroską spędzała, każdy dzień. Dzięki znajomości z Sadie, Lane dostrzega w życiu nowe priorytety. Ani Lane, ani Sadie i ich przyjaciele nie dopuszczają do siebie myśli, że mogło zostać im niewiele czasu. 

"(...) Widzisz, na tym polega sekret dobrego życia. Musisz się postarać, żeby nazbierać jak najwięcej dni, do których będziesz chciał potem wracać".

Historia opowiedziana w tej książce przez autorkę to fikcja, ale ja miałam wrażenie, że jest prawdziwa. Robyn Schneider stworzyła niesamowitą powieść z bohaterami z krwi i kości. Powieść, która trafia do serca, wzrusza i uczy. Prawda w niej zawarta jest uniwersalna, a to znaczy, że po tę książkę powinna sięgać nie tylko młodzież, ale każdy z nas. 

"Dzień ostatnich szans" uczy nas, że warto docenić, każdą chwilę naszego życia, nie przeć do przodu na siłę, ale przystanąć i skupić na tym, co jest tu i teraz. Życie mamy tylko jedno - przeżyjmy je najlepiej jak możemy. Lane właśnie taki był: skupiał się na nauce, siedział w niej od rana do wieczora, aż w końcu uświadomił sobie, że tak naprawdę to nie było życie, bo nie korzystał z szans jakie otrzymywał i wiele rzeczy przegapił. Dopiero pobyt w Lathame House uświadomił mu, co tak naprawdę jest ważne. 
Jest to książka, która zmusza nas do zastanowienia się nad swoim życiem i samym sobą. Przeplata tu się wiele emocji: nadzieja i strach, miłość i przyjaźń, szczęście i smutek. Bohaterowie są wielowymiarowi, dopiero dojrzewają, poszukują własnego miejsca na świecie i starają się zrozumieć życie i śmierć. 

"Dzień ostatnich szans" to piękna książka, która wciąga od pierwszej strony. Łamie serce i wzrusza. Jak dla mnie jest jeszcze lepsza od "Początku wszystkiego". Pod względem fabuły i kreacji bohaterów. Gorąco polecam tę książkę, porusza trudne tematy, ale w lekki i przystępny sposób. Jest magiczna i na swój sposób urocza, a ja, kiedy będę miała okazję - jeszcze nie raz Wam ją polecę. 

Oryginalny tytuł: Extraordinary Means
Wydawnictwo: Otwarte / Moondrive
Data wydania: 28 luty 2018 rok
Tłumaczenie: Aga Zano
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

środa, 14 lutego 2018

"Nieskończone światy Jane" Kristin Cashore

"Nieskończone światy Jane" Kristin Cashore
"Ludzie mówią, że to, co ci się przytrafia, jest bezpośrednim rezultatem dokonanych przez ciebie wyborów. (...) Ale to nie fair. Przez większość czasu nie zdajesz sobie nawet sprawy, że wybór, którego zaraz dokonasz, okaże się ważny".

Jane po śmierci ukochanej cioci Magnolii, rzuca szkołę i zaczyna pracę w księgarni. Pewnego dnia podczas pracy spotyka Kiran - znajomą z dawnych lat, która proponuje proponuje dziewczynie, wyjazd do jej rodzinnej rezydencji Tu Reviens na galę. Jane pamiętając słowa cioci i przysięgę jaką jej złożyła, zgadza się. Jedyną rzecz, którą ze sobą zabiera to kuferek z jej ukochanymi parasolkami. Dziewczyna w nowym miejscu nie czuje się najlepiej. Ma wrażenie, że dom do niej przemawia, a mieszkańcy rezydencji mają swoje tajemnice. Dlaczego Charlotte - macocha Kiran tak nagle zniknęła bez śladu? Kto jest złodziejem, który kradnie cenne dzieła sztuki?

Przyznam, że na początku nie mogłam wciągnąć się w tę książkę, a potem ją ogarnąć. Nie wiedziałam, że w tej powieści zostaną ukazane światy równoległe, a więc jeśli sięgacie po tę książkę to miejcie to na uwadze, aby później nie odczuć dezorientacji. Od razu Wam wyjaśnię, o co chodzi. Światy równoległe to światy, gdzie wszystko, co mogłoby się wydarzyć, wydarza się w ich różnych wymiarach. A to oznacza, że istniejemy w wielu wersjach i każda z tych wersji podejmuje różne decyzje, albo tę samą na wiele różnych sposobów. Tak samo było i w tej książce, co odkryłam z czasem. 

Każda tych z Jane była na swój sposób inna, każda w różny sposób rozwiązywała tajemnice, ale łączyło je jedno: żałoba, samotność i szukanie własnej drogi. Żadnej z nich nie brakowało jednego: pasji i kreatywności do tworzenia niesamowitych parasolek. Jane krąży pomiędzy tajemnicami oraz intrygami, krok po kroku, w subtelny sposób rozwiązując je. Wszystkie postacie są dobrze skonstruowane. Niektóry jedynie przewijają się przez fabułę, rzadko w niej uczestnicząc, ale są takie, które pojawiają się częściej. Są nimi Ivy, która jest w szczególny sposób zainteresowana Jane oraz Kiran i jej brat, który jest miłośnikiem sztuki. 

W książce jest wiele nawiązań do popkultury i literatury. Przewijają się wzmianki o doktorze Who czy Kubusiu Puchatku.  

Widać, że autorka włożyła mnóstwo pracy w tę książkę, wiele rzeczy jest tu dopieszczonych, ale niekiedy czytanie mi się przeciągało. Brakowało mi również informacji, że znajduję się w innym wymiarze. Myślę, że gdyby ten szczegół się znalazł to lektura tej powieści przebiegałaby o wiele sprawniej i nie miałabym odczucia, że nie wiem, co się dzieje. 

"Nieskończone światy Jane" to trochę zawiła książka, ale kiedy już wiadomo, o co w niej chodzi to trzyma czytelnika i nie puszcza. Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na coś podobnego do serii Firebird, jednak to coś kompletnie innego. Osobiście uważam, że seria Claudii Gray wypada o niebo lepiej, co nie oznacza, że ta książka jest zła, ale fakt, faktem mogła być lepsza, gdybyśmy mogli się dowiedzieć o światłach równoległych na pierwszych stronach książki. Jeśli lubicie takie elementy w książkach jak wszechświaty, delikatny wątek miłosny, kryminalny i odrobinę magii to śmiało sięgnijcie po tę książkę. Mam nadzieję, że dla Was lektura tej książki będzie o wiele przyjemniejsza, kiedy wyjaśniłam Wam, na co zwrócić uwagę.

Oryginalny tytuł: Jane Unlimited
Wydawnictwo: Jaguar 
Data wydania: 15 luty 2018 rok
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Liczba stron: 480 

"Bad Boy's Girl" Blair Holden@Jessgirl93

"Bad Boy's Girl" Blair Holden@Jessgirl93
Tessa nie ma łatwego życia. Jej rodzice ciągle się sprzeczają, a brat po zawodzie miłosnym popadł w alkoholizm. Dziewczyna została sama ze swoimi problemami, z którymi musiała się mierzyć. Była prześladowana przez wiele lat, co odcisnęło na niej swoje piętno - dziewczyna miała niskie poczucie własnej wartości, straciła pewność siebie, co sprawiło, że nie reagowała na zaczepki swoich prześladowców. Jednym z nich jest Nicola, jej była przyjaciółka, która zaczęła chodzić z chłopakiem, w którym od lat Tessa się podkochuje. Dziewczyna ostatni rok postanawia przejść niezauważona przez innych i przetrwać dręczenie przez Nicole i jej psiapsiółek,

Jednak nie jest jej to dane, bo dowiaduje się, że do miasta powraca Cole Stone - diabeł w ludzkiej skórze, który wiele lat jej dokuczał, robił głupie żarty i poniżał przed innymi. Tessa postanawia go olewać, ale chłopak ma inne plany. Chce udowodnić dziewczynie, że się zmienił i krok, po kroku zburzyć mur, którym ona się otoczyła. Czy Cole odbuduje utracone zaufanie? 

"Bad Boy's Girl" z pewnością nie wprowadza niczego świeżego do tego typu literatury, ale jako lekka i przyjemna lektura sprawdza się w sam raz. Autorka stopniowo buduje fabułę. Postacie są dobrze wykreowane, każda z nich ma swoje wady i zalety, nie od razu dowiadujemy się o nich wszystkiego. Widać, że autorka zadbała, o każdy najmniejszy szczegół, ale niekiedy miałam wrażenie, że książka się ciągnie. Moim zdaniem można by usunąć parę wątków. Bardzo podobało mi się to, że Blair Holden postanowiła stopniowo rozwijać relację pomiędzy Tessą i Cole'm. Wypadło to bardzo naturalnie, a ich wspólne przekomarzanki i to jak chłopak stopniowo zaskarbiał zaufanie Tessy, czytało mi się świetnie. Nie raz się uśmiałam, bo niektóre dialogi były zabawne. Historia jest może nieco cukierkowa, bo miałam wrażenie, że Cole jest zbyt idealny, ale aż tak mi to nie przeszkadzało. Autorka stworzyła ciepłą i uroczą powieść, którą czyta się szybko. Fabuła w książce nie skupia się tylko na wątku romansowym, bo Blar Holden porusza również takie tematy jak przyjażń, prześladowanie w szkole, relacje rodzinne czy zwyczajnie dorastanie.

Samotność i uczucie odrzucenia prze bliskie nam osoby. Najbardziej spodobała mi się zmiana jaką stopniowo przechodziła główna bohaterka. Jak z nieśmiałej dziewczyny, stawała się dorosłą, młodą kobietą, która zyskała na pewności siebie.

Jeśli lubisz lekkie i nieskomplikowane młodzieżówki to ta książka będzie w sam raz dla Ciebie. 

Oryginalny tytuł: Bad Boy's Girl
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 15 luty 2018 rok
Tłumaczenie: Iwona Wasilewska
Liczba stron: 430

wtorek, 13 lutego 2018

Zapowiedź i fragment od Wydawnictwo Initium

Zapowiedź i fragment od Wydawnictwo Initium
Agata Suchocka
Woła mnie ciemność
Daję ci wieczność – Akt 1

IV

– Lord wkrótce do nas dołączy.
Lothar powoli odkrajał kęsy, jadł niespiesznie i elegancko. Z trudem powstrzymywałem wilczy apetyt, w duchu śmiejąc się z siebie. Byłem przecież wykształconym człowiekiem, a dwa dni postu zrobiły ze mnie prostaka.
Lord Edgar Francis Huntington.
Wyobraziłem sobie starego zarozumialca, któremu wydaje się, że może dysponować ludźmi, że może ich kupować i sprzedawać jak przedmioty. Lothar stał się w moich oczach jedną z zabawek, które umilały tamtemu chwile starości, ja natomiast miałem zostać kolejną. Skąd we mnie tyle cynizmu, podejrzliwości i nieufności? Nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo, gdyż przez cały czas myślałem głównie o nazwisku Huntington, o tym, że gdzieś już je słyszałem – nie, widziałem zapisane… Ale gdzie?
– Bardzo pan zamyślony. – Lothar uniósł do ust kolejny malutki kęs. – Chyba nie denerwuje się pan aż tak?
Milczałem. Owszem, denerwowałem się, choć nie wiedziałem dlaczego. Irracjonalny lęk przed spotkaniem z mecenasem sprawiał, że ciężkie, srebrne sztućce ślizgały się w moich spotniałych dłoniach. Kamerdyner Lothara obserwował nas z ukrycia, co raz pojawiając się jak widmo i ukradkiem dolewając wina do kieliszka gospodarza.
Rozglądałem się po jadalni, urządzonej wystawnie i dostatnio: otaczały nas meble z egzotycznego drewna, zastawa o złoconych rantach, najlepsze kryształy – dyskretne przejawy bogactwa, z którym nie chciano się afiszować. Na ścianie wisiały oleje przedstawiające ruiny i krajobrazy skąpane w świetle księżyca, każdy szczegół oddany wyraźnie jak na dagerotypie. Była w nich jakaś melancholia, która nie sprzyjała apetytowi; nie pasowały do jadalni, a jednak wyeksponowano je właśnie tutaj, jakby specjalnie miały przypominać o tym, że życie nie polega jedynie na doczesnych przyjemnościach.
– Przepiękne, prawda? – Lothar zawiesił wzrok na jednym z obrazów, powoli sącząc czerwone wino. – To prezenty od przyjaciela lorda. Przepięknie maluje, szczególnie portrety. Z pewnością będzie pan miał szansę obejrzeć je w posiadłości lorda. Jego kolekcja obejmuje szereg wizerunków protegowanych i znakomitości, które gościły w jego progach.
Były piękne i niepokojące zarazem, zdawało mi się, że emanuje z nich smutek artysty, który je namalował, jak gdyby…
– Arapaggio ucieszyłby się z pańskiego podziwu.
Zza moich pleców dobiegł cichy głos, szept niemalże, pobrzmiewający jakby ze studni. Wzdrygnąłem się i odruchowo wstałem, odsuwając krzesło z nieeleganckim zgrzytem.
Lothar również się podniósł, po czym skłonił głęboko, spuszczając wzrok.
– Lordzie Huntington, to pan Armagnac Jardineux. – Wskazał na mnie, obchodząc stół.
– Cudowne dziecko o imieniu wina… – Przybyły mężczyzna zlustrował mnie przenikliwym wzrokiem zmrużonych oczu, jasnych i błyszczących. Nawet w półmroku mogłem dostrzec ich głęboki, szmaragdowy kolor. – Trunku aromatycznego, słodkiego i uderzającego do głowy.
Nie wiedziałem, co bardziej mnie onieśmieliło – jego słowa czy zmysłowo uśmiechnięte usta, które je wypowiedziały.
Lord Edgar Francis Huntington wyglądał na najmłodszego z nas trzech. Niewysoki, smukły, odziany w czerń, o gładkiej twarzy okolonej jasnymi włosami, zdającymi się żyć własnym życiem. Poruszały się przy każdym jego niespiesznym kroku – jak włosy topielca na powierzchni wody. Uniósł do nich dłoń, okrytą białą rękawiczką, jakby nieświadomie próbował je ujarzmić, gdy lokaj odebrał od niego cylinder. Odprawił go niedbałym gestem. Twarz lorda była blada, jakby pokryta warstwą matowego pudru, co sprawiało wrażenie, że patrzy się na niego przez zaparowaną szybę. To musiał być bardzo staranny makijaż, dlaczego jednak tak młody człowiek się za nim ukrywał, nie byłem w stanie odgadnąć.
– Lothar bardzo pochlebnie wypowiada się o panu. – Lord wskazał gestem, żebyśmy usiedli, i sam zajął wolne miejsce u szczytu stołu.
Służący dyskretnie postawił przed nim talerz i napełnił kieliszek, lecz gość nie zwrócił na to uwagi. Ja też zapomniałem o jedzeniu, słuchając głosu mecenasa, w którym czaił się pomruk, jakby siedziała w nim jakaś bestia próbująca przemówić. Przeszedł mnie dreszcz – mówił do mnie chłopiec, a ja drżałem jak uczeń przed groźnym profesorem, nie, raczej jak bezbronny człowiek w obliczu drapieżnika.
– Jak zapewne pan wie, jestem mecenasem młodych artystów. Wielu muzyków zrobiło spektakularne kariery, zaczynając pod moimi skrzydłami.
Kiedy ich wspierałeś?, pomyślałem. Z kołyski?
Lord uśmiechnął się ponownie, a moje serce zmiękło, jakby tym uśmiechem rzucił na mnie urok. Patrzył mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu była jakaś lubieżność, rozchylił nawet usta, jakby przyglądał się nagiej kochance, a ja poczułem, że pod wpływem tego wzroku rumienię się jak dziewica. Zdawał się zaglądać wprost do mojego umysłu.
– Zbyt łatwo ulega pan pozorom, panie Jardineux! – Ten głos był jak narkotyk, czułem zawroty głowy, jakbym wypił za dużo wina, a przecież ledwie dotknąłem kieliszka! – Patrzy pan na moją twarz i widzi chłopca, proszę jednak mi wierzyć, przeżyłem o wiele więcej, niż jest pan sobie w stanie wyobrazić. Spotkałem na swojej drodze wielu przyjaciół i wrogów, zjeździłem Europę i Nowy Świat, wyrabiając sobie o nim obiektywne pojęcie, które – z całym szacunkiem – panu jest obce. Moja intuicja nigdy mnie nie zawiodła. Potrafię wyczuć talent i sprawia mi niesamowitą radość patrzenie, jak się rozwija. Pan, mój drogi Armagnac – zdawało mi się, że celowo zawiesił głos, przedłużając krótkim warknięciem moje imię – jest samorodnym talentem, któremu nie pozwolę się zmarnować, który musi zostać zapamiętany na wieki, który musi trwać…
– Nie słyszał pan jeszcze, jak gram – przerwałem mu, czując, że stracę przytomność, jeśli natychmiast nie przestanie mówić.
– Proszę więc coś zagrać i udowodnić mi, że się nie pomyliłem! – Wskazał sąsiedni pokój, w którym stał fortepian.
Wspomniał, że zwiedził Nowy Świat… Kiedy? W czasie wojny nikt tam nie podróżował, a przed wojną on zapewne był jeszcze dzieckiem. Ile miał lat?
Chwiejnym krokiem dobrnąłem do instrumentu i usiadłem, unosząc pokrywę znad klawiatury. Świat wirował, a przez moją głowę przebiegały niedorzeczne podejrzenia, że być może do wina dodano narkotyku.
Zacząłem grać. Melodia była chwiejna i niepokojąca, tak jak moje myśli. Struny drgały w dysonansach, które odbijały się od sufitu i wracały do mnie, sprawiając, że grałem jeszcze dziwaczniejsze i mniej skoordynowane dźwięki, nie słysząc nawet, czy układają się w melodię. Miałem wrażenie, że palce odmawiają mi posłuszeństwa, ale jednocześnie wygrywają właśnie to, co w tamtej chwili czułem. Zamknąłem oczy i pozwoliłem się ponieść tej niepokojącej muzyce, pozwoliłem jej prowadzić moje ręce, tak jakby to ona sterowała mną, a nie odwrotnie.
Nie wiem, jak długo grałem. Bałem się otworzyć oczy, aby nie napotkać spojrzenia lorda; czułem, jak mnie obserwuje, czułem ogień w jego oczach i zimny wzrok Lothara, który stał w cieniu pod ścianą.
Gdy przestałem grać i otworzyłem oczy, unosząc głowę, obaj na mnie patrzyli. Huntington stał teraz tuż przy instrumencie.
– Instynkt nigdy mnie nie zawodzi – rzekł cicho. Pomruk bestii ledwie słyszalny zza fasady nienagannej angielszczyzny.
Mój wyczulony muzycznie słuch przez cały wieczór doszukiwał się w jego głosie nut francuskiego, włoskiego, wychwyciłem nawet archaiczną twardość łaciny, którą katowano mnie w dzieciństwie. Z pewnością władał tymi wszystkimi językami i jeszcze kilkoma innymi, których nigdy nie słyszałem. Skąd jednak przyszło mi to do głowy, dlaczego byłem o tym nagle przekonany – nie wiedziałem. Chciałem, by mówił jeszcze, by nie przestawał mówić, choć jednocześnie bałem się znów zatracić w jego głosie. Cała moja wcześniejsza niechęć zgasła, uprzedzenia zniknęły, pragnąłem tylko poddać mu się, spełniać jego wolę, sprawić, by był zadowolony ze mnie i z mojej gry. Chciałem mu służyć.
Chciałem mu służyć?!
Zerwałem się z ławki i odwróciłem wzrok od tych płonących w półmroku oczu. Przez chwilę nie pamiętałem, gdzie jestem i co się działo przez ostatnie godziny. Poczułem panikę, jakby nagle w pokoju zabrakło powietrza, jakby wypełnił go dym. Na widok przyczajonego w kącie Lothara niemal krzyknąłem.
– Muszę… muszę już iść… – wymamrotałem.
Wyszedłem pospiesznie z pokoju i dalej przez korytarz, gdzie zerwałem z wieszaka płaszcz. Gdy zbiegłem ze schodów i uderzyło mnie mroźne, zapierające dech powietrze, zdałem sobie sprawę z tego, że zapomniałem kapelusza, ale myśl o wróceniu po niego wydała mi się niedorzeczna. Wiatr szarpał moje włosy, które wymknęły się ze wstążki, gdy grałem, kosmyki smagały moją twarz. Postawiłem kołnierz i rozejrzałem się za dorożką, jednak ulica była pusta, podobnie jak moje kieszenie. I tak nie miałbym czym zapłacić za kurs, ruszyłem więc pieszo w ciemność, klnąc pod nosem, gdy w mdłym świetle gazowych latarni zatańczyły pierwsze płatki śniegu.
Zmierzałem śpiesznie w stronę domu, byle dalej od głosu Edgara Francisa Huntingtona, wprost do podłej kamienicy przy podłej uliczce, która co piątek zmieniała się w podły rynek pełen podłej jakości towarów, smrodu ryb, kóz i wrzeszczących wniebogłosy przekupek. Resztki śmieci nieuprzątniętych po targowym dniu i zwierzęce ekskrementy pokrywały się cienką warstwą śniegu.
Poczułem się tak, jakby ktoś siłą wyrwał mnie z przytulnego, pełnego dyskretnej elegancji mieszkania Lothara i cisnął wprost w ten cuchnący zaułek – a przecież sam uciekłem, sam się stamtąd wyrwałem, nie wiedząc nawet dlaczego.
Kim on był? Młodzik o płonących oczach i diabelskim głosie, który twierdził, że zwiedził świat i od lat wspierał muzyków, co było oczywistą niemożliwością. Kiedy, na miłość boską, miałby to robić? W ramionach mamki? Zza spódnicy guwernantki? Jego twarz wyglądała tak delikatnie, jakby nie zaznała jeszcze brzytwy! A jednak mu wierzyłem; miał w sobie dostojeństwo i powagę właściwe starcom, jakiś osobliwy majestat, coś, co sprawiało, że czułem się mały i niewiele znaczący, całkowicie mu podległy.
Co za bzdury!
Ze złością otworzyłem drzwi na ostatnim piętrze, ale na tyle cicho, by nie zbudzić starej ciotki, która noc myliła z dniem i wyrwana ze snu potrafiła się snuć po mieszkaniu tak długo, na ile pozwoliły jej powykręcane artretyzmem kończyny. Pokrzykiwała wówczas nieskładnie, biorąc mnie za zeszłego przed dekadami męża, a to była ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowałem.
Ostrożnie okryłem pledem drzemiącą w fotelu przy dogasającym kominku staruszkę. W mieszkaniu było zimno i cuchnęło wilgocią, przeciągi wdzierały się przez nieszczelne okna. Wiedziałem, że w takich warunkach ciotka nie przeżyje zimy. Miała już chyba ze sto lat i trzymała się przy życiu jedynie siłą woli.
Mój mały pokoik był odrażającą, brudną norą w porównaniu z pełnymi dyskretnego uroku i wyszukanej elegancji pokojami Lothara. A przecież do niedawna sam mieszkałem wśród luksusów. Nagle wydało mi się to zupełnie nierealne, jakbym spędził w tym maleńkim pokoju ostatnie kilkanaście lat, a nie kilkanaście dni.
Zachciało mi się śmiać i płakać jednocześnie. W głowie rozkosznie pulsowało wyborne wino, a pełen żołądek sprawił, że stałem się ociężały i senny. Nie mogłem odpędzić od siebie wspomnień wieczoru, szarpały mną sprzeczne uczucia.
Kim byli ci mężczyźni? Czy nagłe perturbacje w moim życiu sprawiły, że zaczynałem tracić zmysły i kontrolę nad sobą? Jako młodzik przestałem przecież być tchórzem czy asekurantem i na niedorzecznych amerykańskich balach brylowałem, stając się duszą towarzystwa. Co się działo teraz, że traciłem głowę w obliczu dwóch kulturalnych dżentelmenów? Przecież nie byli nawet starsi ode mnie! Wiele jednak zmieniło się w ciągu ostatnich miesięcy, wszedłem w dorosłość jako bankrut i pijak, a moje wyrafinowanie przepadło wraz z majątkiem.
Nazajutrz musiałem tam wrócić po swój kapelusz. Nie było mnie stać na nowy, a za oknem na dobre rozszalała się zamieć. Nie zaznałem dotychczas takiej zimy, śnieg widziałem po raz pierwszy dopiero we Francji. Prawda, niestety, była taka, że nie było mnie stać już na nic. Nagle powróciły do mnie zapalczywe słowa Lothara o sławie, pieniądzach i… Jak on to ujął? O rządzie dusz.
Co to, do diabła, mogło znaczyć?

Premiera 14 luty 2018 rok
Do kupienia: KLIK

poniedziałek, 12 lutego 2018

Zapowiedź od Wydawnictwo NieZwykłe

Zapowiedź od Wydawnictwo NieZwykłe
Cześć moje kochane Moliki Książkowe! Przychodzę do Was z kolejną zapowiedzią książki, którą mam przyjemność objąć patronatem. Coś czuję, że rok 2018 należy do mnie. <3 Dajcie znać, czy zaciekawiła Was ta pozycja. :)

Wydawnictwo: NieZwykłe
Premiera: 7 marca 2018 rok

Po długiej podróży do sierocińca w Korei dwudziestoletnia Amerykanka Anna Carlson dowiaduje się, że jej biologiczna matka nie żyje. Jednak właśnie w chwili, gdy zdruzgotana dziewczyna dochodzi do wniosku, że przebyła całą drogę na próżno, tajemnicza staruszka daje jej paczuszkę zawierającą wiekowy grzebień i kartkę z adresem.
Dzięki temu Anna trafia do mieszkania niezbyt zamożnej, lecz eleganckiej kobiety – Hong Jae-hee, która opowiada jej o niesamowitych wydarzeniach zaczynających się od japońskiej okupacji Korei i Chin podczas II wojny światowej, kiedy to ponad  dwieście tysięcy Koreanek zostało niewolnicami japońskich żołnierzy – „kobietami do towarzystwa”. Jae-hee zna tę historię bardzo dobrze: była jedną z nich.

Anna odkrywa, że cenny grzebień ze skorupy żółwia, ozdobiony dwugłowym smokiem z kości słoniowej, pokonał wraz z kobietami w jej rodzinie mnóstwo przeciwności losu. Im lepiej dziewczyna poznaje jego dzieje, tym bardziej uświadamia sobie, że dotyka śladów niewyobrażalnej siły charakteru, odwagi, miłości i niezłomności.

Do kupienia w przedsprzedaży: KLIK
William Andrews z niemal zapomnianego faktu historycznego stworzył wspaniałą powieść, pełną niesamowitych wydarzeń, które spaja postać głównej bohaterki Jae-hee... Czytelnik, szukający trzymającej w napięciu opowieści z tłem historycznym, silnymi charakterami oraz wiarygodnymi i wciągającymi dialogami, znajdzie tutaj wszystko, czego potrzebuje. Historia o ludzkiej godności, zbrodniach i ścieżkach do odzyskania siebie, wypełniona brutalnymi scenami, odkrywaniem tajemnic, walką o przetrwanie i obrazami traumy, pozostawia niezatarte wrażenie. Wielka szkoda, że owe fakty z przeszłości nie zostały dotąd dokładnie zbadane. To odkrycie, które jak najbardziej zasługuje na uwagę. Wspaniale, że Andrews postanowił zgłębić temat i nagłośnić go właśnie teraz w postaci odpowiedniej nie tylko dla pasjonatów historii i naukowców.
D. Donovan, Midwest Book Review

Córki smoka to inspirująca i głęboka opowieść o byłej niewolnicy seksualnej (tak zwanej ”kobiecie do towarzystwa”). Ukazuje jej życie, doznane krzywdy, wolę przetrwania i ostateczne zwycięstwo. William Andrews stworzył powieść upamiętniającą dwieście tysięcy niewolnic seksualnych Cesarskiej Armii Japonii w trakcie II wojny światowej i wydobywa cierpienia tych kobiet na światło dzienne. Jako autor Rezolucji nr 121 Kongresu USA, w której wezwano rząd japoński do uznania i przeproszenia za systemowe niewolnictwo młodych kobiet na terenach całej Azji i w rejonie Pacyfiku, oraz jako człowiek, który poświęcił swoje życie naświetlaniu tych wydarzeń, jestem głęboko przekonany, że wspomnienie okrucieństw należy zachować w świadomości społecznej, a także nauczać o nich, aby podobne zbrodnie nigdy nie powtórzyły się w przyszłości. Niech dusze tysięcy młodych kobiet, którym odebrano młodość i godność, odnajdą spokój, wiedząc, że ich tragiczna historia żyje w każdym z nas.
 Mike Honda, były członek Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych
  

O autorze
William Andrews pisał nocami i w weekendy (czasami w tygodniu) przez piętnaście lat, zanim wydał swoją debiutancką powieść The Essential Truth – thriller, który zdobył pierwszą nagrodę w konkursie Mayhaven Contest for fiction. Przez ponad trzydzieści lat tworzył teksty reklamowe i był specjalistą ds. marketingu w kilku firmach klasyfikowanych w rankingu Fortune 500, a także prowadził własną agencję reklamową. Córki smoka są powieścią historyczną. Do jej napisania zainspirowała autora pochodząca z Korei córka. To jego trzecia powieść, która odniosła sukces. Druga książka, thriller The Dirty Truth, w 2014 r. zdobyła nagrodę Independent Publisher Book Awards. Dziś Andrews mieszka w Minneapolis ze swoją żoną. Przeszedł na emeryturę i poświęcił się pisaniu.
To bardzo ważna historia, którą każdy powinien poznać. Większość czytelników zapewne nie zdaje sobie sprawy, że określenie „kobieta do towarzystwa” to eufemistyczne pojęcie określające dziewczynki i młode kobiety, które były niewolnicami seksualnymi w japońskiej armii w czasach II wojny światowej.
Niewiele jest książek opowiadających o tych strasznych wydarzeniach, dlatego postanowiłem napisać Córki smoka – składającą się z 92 000 słów powieść o losach jednej z wykorzystywanych kobiet. Obecnie Japończycy, ze swoim premierem Shinzō Abe na czele, robią wszystko, aby o owych faktach zapomniano. To niedopuszczalne. Mam nadzieję, że moja książka pomoże czytelnikom zrozumieć, dlaczego Koreańczycy, Chińczycy czy Filipińczycy tak bardzo sprzeciwiają się podobnej postawie.

Moja powieść The Eseential Truth zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie Mayhaven Contest for fiction. Przez trzydzieści cztery lata byłem twórcą tekstów reklamowych, za które otrzymałem wiele nagród. Przed Córkami smoka napisałem dwie książki (aktualnie je przeredagowuję), ucząc się trudnej sztuki tworzenia prozy.

Dlatego jestem pewien, że powieść Córki smoka spodoba się wielu czytelnikom.

Bill Andrews
Copyright © 2016 Red Girl Books Recenzje , Blogger